BOTWINA

Aromatyczna zupa przygotowywana z młodych buraczków i ich liści. Lekka, kolorowa i pełna świeżych warzyw, od lat gości na polskich stołach jako symbol sezonowej kuchni.
Botwina zachwyca nie tylko swoim intensywnym kolorem, ale również wyjątkowym smakiem – delikatnie słodkim, lekko kwaśnym i niezwykle orzeźwiającym. To idealna propozycja na wiosenny lub letni obiad, kiedy mamy ochotę na coś lekkiego, a jednocześnie sycącego. Najlepiej smakuje podawana z młodymi ziemniakami, koperkiem i jajkiem na twardo.
Wiele osób wraca do tego przepisu z sentymentem, bo właśnie botwina często przypomina obiady u babci lub rodzinne niedziele. Sekret dobrej botwiny tkwi w prostocie i świeżych składnikach.

BOTWINA

Składniki:
bulion 
  • 1 golonka z indyka
  • 500 g wołowiny z kością (np. szponder)
  • 3 marchewki
  • 2 pietruszki
  • kawałek selera
  • 1 por
  • 1 cebula
  • 3 liście laurowe
  • 5 ziaren ziela angielskiego
  • kilka ziaren pieprzu
  • sól do smaku
  • pęczek natki pietruszki 
  • 3 litry zimnej wody
dodatkowo
  • 3 młode marchewki
  • 500 g botwiny (u mnie 3 pęczki)
  • 2 podłużne buraki
  • spory pęczek świeżego koperku
  • spory pęczek natki pietruszki
ponadto
  • jajka ugotowane na twardo
  • ugotowane młode ziemniaki
Przygotowujemy bulion.
Mięso dokładnie płuczemy i wkładamy do dużego garnka, następnie zalewamy zimną wodą i powoli doprowadzamy do zagotowania. Gdy na powierzchni pojawią się szumowiny, zbieramy je łyżką, dzięki czemu nasz bulion będzie klarowny. Dodajemy obrane warzywa – marchew, pietruszkę, seler, por oraz cebulę wcześniej opaloną nad palnikiem lub na suchej patelni. Dorzucamy również przyprawy. Zmniejszamy ogień do minimum i gotujemy bulion bardzo powoli przez około 3 godziny. Wywar powinien jedynie delikatnie „mrugać”, a nie intensywnie się gotować. Pod koniec gotowania doprawiamy bulion solą i dodajemy natkę pietruszki. Gotowy bulion przecedzamy przez sitko, a mięso i ugotowane warzywa możemy wykorzystać do innych dań (np. do pierogów z mięsem).
Marchewki i buraczki myjemy, obieramy i kroimy w kostkę. Młode listki buraka siekamy. Warzywa dodajemy do bulionu. Całość gotujemy na wolnym ogniu kilka minut (do czasu, aż warzywa zmiękną). Następnie dodajemy posiekany świeży koperek i pietruszke.
Zupę podajemy z ugotowanymi młodymi ziemniaczkami lub/i jajkami ugotowanymi na twardo. 




SYROP Z MNISZKA LEKARSKIEGO

Mniszek lekarski to fascynująca roślina.
To, co nazywamy "kwiatem" mniszka, to w rzeczywistości kwiatostan złożony z 200–300 drobnych kwiatków języczkowatych. Od pojawienia się pierwszych koszyczków do momentu, gdy zmienią się w dmuchawiec, mijają zaledwie 2 tygodnie. Po przekwitnięciu rośliny te wydają owoce posiadające niewielki, parasolowaty aparat lotny, umożliwiający unoszenie ich wiatrem. Po zdmuchnięciu białej, puszystej kuli z owoców ukazuje się łyse dno koszyczka, skąd też przez skojarzenie z tonsurą mnicha wzięła się nazwa mniszek. Postanowiłam przygotować syrop z mniszków, który ze względu na swoją barwę i konsystencję bywa nazywany "miodkiem". Podobnie zresztą jak miód jest bardzo zdrowy. Stosuje się go jako łagodny środek na kaszel i infekcje układu oddechowego. Doskonale sprawdza się również przy przewlekłych nieżytach jamy ustnej, gardła i oskrzeli. W tracie gotowania do syropu przechodzą żółte barwniki z grupy karotenoidów i związki flawonowe. Wpływają one na wzmocnienie naczyń krwionośnych, działają moczopędnie i rozkurczowo.
Należy zachować ostrożność, jeśli jest się uczulonym na pyłki roślin.
Syrop robi się na bazie dużej ilości cukru, więc nie będzie dobry dla diabetyków.

SYROP Z MNISZKA LEKARSKIEGO

Składniki (2 litry syropu):
  • 7 szklanek koszyczków mniszka lekarskiego
  • 7 szklanek wody
  • 7 szklanek cukru
  • 1 cytryna
Koszyczki mniszka zbieramy na łące znajdującej się w znacznej odległości od dróg, aby nie były zanieczyszczone. Robimy to w samo południe, aby rośliny były maksymalnie otwarte. Zerwane główki układamy na białej tkaninie (gazie lub szmatce bawełnianej) i wykładamy na parapet w nasłonecznione miejsce. W ten sposób pozbędziemy się mrówek i małych, czarnych żuków (słodyszków rzepakowców), które żerują na kwiatach. Kwiatów w żadnym wypadku nie płuczemy, gdyż w ten sposób pozbylibyśmy się pyłku, czyli właśnie tego, co chcemy przenieść do syropu. Koszyczki umieszczamy w rondelku o grubym dnie. Dodajemy wyparzoną, pokrojoną na ćwiartki cytrynę i wodę. Całość gotujemy 30 minut. Odstawiamy płyn z płatkami do wystudzenia (najlepiej na całą noc), aby kwiaty jak najdłużej macerowały się w wodzie. Następnie płatki odcedzamy na sicie. Do klarownego płynu wsypujemy cukier. Syrop gotujemy 75 minut, aż do otrzymania płynu o dość gęstej konsystencji (im dłużej, tym miód będzie gęstszy). Syrop ponownie odstawiamy na całą noc. Następnego dnia podgrzewamy go na wolnym ogniu kolejne 75 minut, aż zgęstnieje do pożądanej konsystencji. Miód rozlewamy do wyparzonych, suchych butelek lub słoiczków. Naczynia odwracamy do góry dnem i pozostawiamy tak do czasu, aż płyn całkowicie ostygnie (około 30 minut). Syrop przechowujemy w chłodnym, zacienionym miejscu, jednak nie w lodówce, bo zbyt szybko skrystalizuje (krystalizacja nie dyskwalifikuje produktu, czyni go jednak twardszym, tak jak zwykły miód). Syrop z mniszka lekarskiego podajemy z herbatą, przegotowaną wodą, pieczywem lub ciastkami.








10 000 KROKÓW DZIENNIE WIŚLANĄ TRASĄ ROWEROWĄ

Minęło już 10 tygodni odkąd podjęłam wyzwanie robienia 10 000 kroków dziennie. To jedna z tych decyzji, które początkowo wydają się niewielką zmianą, a z czasem okazują się początkiem pięknej rutyny. 
Na trasę wybrałam fragment Wiślanej Trasy Rowerowej przebiegający przez Gromiec (więcej o niej poczytanie tutaj: klik). Odcinek ma 3,5 kilometra w jedną stronę, więc przejście tam i z powrotem daje równe 7 kilometrów. To idealny dystans – wystarczający by dotlenić organizm i spokojnie zebrać większość kroków potrzebnych do realizacji celu.
Najpiękniejsze w tym wyzwaniu jest jednak coś więcej niż liczby. Spaceruję o różnych porach dnia – rano, gdy świat dopiero budzi się do życia, po południu, gdy słońce ogrzewa pola i wieczorem, kiedy wszystko zwalnia, a niebo nabiera ciepłych kolorów. Ta sama trasa każdego dnia wygląda inaczej.
Z każdym tygodniem coraz mocniej zauważam, jak zmienia się przyroda. To, co jeszcze niedawno było szare i uśpione, dziś tętni zielenią. Pojawiają się nowe liście, kwiaty, śpiew ptaków i coraz dłuższe dni. Patrzenie na te małe przemiany daje ogromną satysfakcję i przypomina, że natura nigdy nie stoi w miejscu.
To wyzwanie nauczyło mnie też systematyczności. Nawet kiedy pogoda nie zachęca albo dzień jest intensywny, wiem, że warto wyjść choć na chwilę. Najczęściej właśnie te spacery „na siłę” okazują się najlepsze – oczyszczają głowę, poprawiają humor i dodają energii.
W tym wpisie chcę również zatrzymać wspomnienia z kolejnych miesięcy, dlatego będę dodawać tutaj zdjęcia z mojej trasy. Dzięki temu za jakiś czas zobaczę nie tylko przebyty dystans, ale też całą drogę zmian – zarówno tych w naturze, jak i we mnie samej.
Relacje tydzień po tygodniu zamieszczam na moim instagramie: klik.

MARZEC 2026
Marzec przywitał mnie chłodnymi porankami, gęstą jak mleko mgłą, przymrozkami i zimnym, przeszywającym wiatrem, który nieraz wystawiał moją motywację na próbę. Mimo tego codzienne spacery miały swój wyjątkowy urok – powietrze było rześkie, a trasa wciąż budziła się po zimie. Z dnia na dzień pojawiało się coraz więcej oznak wiosny: pierwsze pąki na drzewach, delikatna zieleń traw i coraz głośniejszy śpiew ptaków. Marzec pokazał mi, że nawet po najchłodniejszych dniach zawsze przychodzi nowy początek.














KWIECIEŃ 2026

Kwiecień zachwycał mnie na każdym kroku. Na łąkach i polach pojawiły się bociany, nad ścieżkami zaczęły fruwać pierwsze motyle, a przy drodze zakwitły żółte pierwiosnki. Poranne spacery nagradzały mnie pięknymi wschodami słońca, które malowały niebo ciepłymi kolorami. Z każdym dniem przyroda nabierała życia – na drzewach pojawiały się pąki, a chwilę później także pierwsze kwiaty.